- Chyba nie, musisz sam się tym zająć - poinformował

obmyć się z kurzu.
- Doug? Właśnie się dowiedziałam, że moja siostra nie żyje, a jej dziecko zostało samo w Sydney. Muszę tam je¬chać. Natychmiast. Zostawię wszystko na miejscu. Zabie¬rzesz moje rzeczy z powrotem do obozu?
Przybyła z Australii, by opiekować się swoim malutkim siostrzeńcem, ale wcale nie było takiej potrzeby. Mark miał rację. Naprawdę mógł mu zapewnić wszystko. Gdy tylko nauczy się go kochać, Henry będzie mógł szczęśliwie do¬rastać pod jego okiem.
swoim przybyciem. Ciekawe, jak długo Chris u niego był? Jak wiele usłyszał z ich rozmowy? - Skąd ci się wziął ten szalony pomysł? - spytał z całą nonszalancją, na jaką było go stać. - Praktycznie biorąc, jesteś członkiem naszej rodziny. Poślubienie Sayre nada temu oficjalny ton. - W twoim planie jest pewien szkopuł, Huff. Nawet gdybym nie marzył o niczym innym, jak tylko o ożenku z Sayre, a przypominam, że to nieprawda, pamiętaj, że ona gardzi rodziną. - Mógłbyś ją do nas przekonać. Beck uśmiechnął się krzywo. - Sayre nie wygląda mi na tak spolegliwą osobę. Właściwie można powiedzieć, że jest równie elastyczna, jak nasze stalowe rury. - Nie czujesz się wystarczająco silnym mężczyzną, żeby sobie z nią poradzić? - Nie - roześmiał się Beck. - Poza tym, nie chciałbym kobiety, z którą muszę sobie „radzić". - Zbyt późno zdał sobie sprawę, że sam poprowadził się prosto w pułapkę. Huff uniósł brwi. - W takim razie idealnie do siebie pasujecie, prawda? Chemia, żar i tak dalej. Sayre to narowista klaczka, a ty przecież nie chcesz podnóżka do swoich stóp. Beck dopił drinka i odstawił pustą szklankę na filigranowy stolik. - To się nie stanie. Zapomnijmy, że w ogóle o tym wspomniałeś. - Jeżeli martwisz się o ewentualny nepotyzm, o tym zapomnij. Ja ożeniłem się z córką mojego szefa i zobacz, jak dobrze się wszystko ułożyło. - To co innego. - Pewnie, że tak, Masz do zaoferowania znacznie więcej niż ja w tamtym czasie. Nie miałem grosza przy duszy Byłem nikim. Prostakiem, który nie miał nawet własnego ubrania na grzbiecie. Ty możesz zaoferować Sayre bardzo wiele. - Nie pozwoliła mi nawet zapłacić za hamburgera w barze. - A co z jadłodajnią nad rozlewiskiem? Czy wtedy też nie pozwoliła ci zapłacić? Beck poczuł, jak uszy płoną mu ze wstydu. Ile jeszcze wie ten podstępny stary łotr? Z wysiłkiem zachował obojętny wyraz twarzy. - Jak na taka chudzinę, potrafi wtrząchnąć niezłą porcję Nakarmienie jej kosztowało mnie wtedy piętnaście dolarów, włączając w to napiwek. Huff zaśmiał się, ale nie pozwolił, by żart Becka sprowadził go z głównego toru. - Przez całe życie pracowałem z myślą o jednej, jedynej rzeczy - zaczął z powagą. - Pomyślisz pewnie: o pieniądzach. Otóż nie. Lubię mieć forsę, ale tylko dlatego, że daje władzę, ja zaś wolę to od wszelkich dóbr materialnych. Szacunek? Diabła tam! Nie obchodzi mnie to, co myślą o mnie inni. Czy mnie kochają, czy nienawidzą, to nie mój problem. - Wyciągnął palec wskazujący. - Harowałem tylko po to, żeby moje imię mnie przeżyło. To wszystko. Czy to cię dziwi? - Machnął ręką, jakby odganiając szkodnika. - Możesz sobie zatrzymać swoje pieniądze i te wszystkie, jak im tam, tabliczki pamiątkowe i ordery za dobroczynną działalność i politykę społeczną. Nic mnie to nie obchodzi, o nie, drogi panie! Za cały mój trud i poświęcenie chcę jedynie, aby wszyscy pamiętali nazwisko Huffa Hoyle'a i powtarzali je przez długi czas, na długo po tym, jak mnie pogrzebią. To zaś oznacza wnuki, Beck. Jak dotąd nie dorobiłem się żadnego i zamierzam to naprawić. - Musisz więc porozmawiać z Chrisem - powiedział poważnie Beck. Huff zmarszczył się gniewnie i sięgnął do kieszeni koszuli po paczkę papierosów. Potem jednak przypomniał sobie, że palenie w tym pokoju było zabronione. - W najbliższym przewidywalnym czasie Chris nie zostanie ojcem. - Opowiedział Beckowi o owariektomii Mary Beth. - Nie wiedziałem o tym. Chris mi nie powiedział.
- Mogłabym... - zaczęła powoli, jakby z wahaniem.
poprawianiem ułożenia płatków.
- Zapewnię mu najlepsze opiekunki, zaręczam pani.
- Ja też.
- Jak to? Co ci się stało?
Powodzenia, Tammy
Po chwili Róża dodała jeszcze:
- Tak, właśnie tak. Dlatego również i z tego powodu czuję się czymś więcej niż tylko zwykłą różą...
- Gruyère. Szpinak. - Beck, w szpitalu... - Mielona cebula - kontynuował analizę nadzienia. - Pierwsza kartka, którą Alicia Paulik wyciągnęła z koperty, była od ciebie. Widziałeś jej reakcję. Włożył resztkę pasztecika do ust i otrzepał dłonie. - Przepyszne. Chyba poczęstuję się następnym - powiedział. Sięgnął w kierunku talerza, ale Sayre chwyciła jego dłoń i zmusiła go, by spojrzał na nią. - Czek, który im wysłałeś, opiewał na niezwykle szczodrą sumę. - To dość relatywne pojęcie, nie sądzisz? Zdefiniuj szczodrość. Huff zasugerował, że powinniśmy nieco osłodzić ich żywot. - Huff nie miał nic wspólnego z tym podarunkiem. Czek nie został wystawiony przez firmę, lecz przez ciebie, z prywatnego rachunku. Beck wyciągnął szampana z kubełka i ponownie napełnił oba kieliszki. - Pani Paulik była wstrząśnięta twoją hojnością - ciągnęła Sayre - ale jednocześnie wywołałeś w niej wewnętrzny konflikt. Była na ciebie zła, bo swoim gestem sprawiłeś, że poczuła wyrzuty sumienia za ten incydent z pluciem. Bardzo żałuje tego, co zrobiła, i chciała cię przeprosić. - Nie musi mnie za nic przepraszać. - Jest ci winna wdzięczność. - Tego również nie potrzebuję. - W takim razie, dlaczego to zrobiłeś? - Lepiej zacznij się zastanawiać nad tym, co chcesz zjeść. Polecam ostrygi Bienville. - Do diabła, Beck, odpowiedz na moje pytanie! - W porządku - odparł szorstko. - Może próbuję w ten sposób kupić sobie czyste sumienie. Czy teraz będziesz miała o mnie lepsze czy gorsze mniemanie? Przywołał kelnera i powiedział do niego coś bardzo cicho po francusku. Mężczyzna zniknął wewnątrz restauracji i wkrótce powrócił, niosąc dwa skórzane foldery zawierające odręcznie napisane menu. Sayre odłożyła swoją kartę dań na stół. - Jeśli chodzi o poniedziałek wieczorem, dlaczego powiedziałeś Chrisowi o Calvinie McGraw? Sądziłeś, że będzie zabawnie zobaczyć moją reakcję? Beck odłożył menu i spojrzał jej prosto w oczy. - Nie, Sayre. Pomyślałem jednak, że interesujące będzie przyjrzeć się zachowaniu Chrisa. - Chrisa? Położył obie dłonie na stoliku i pochylił się do przodu, zmniejszając dystans między nimi. - Chris i Huff niepokoją się twoimi próbami wyciągnięcia informacji od byłych ławników. Zastanawiam się dlaczego. Powinni pokręcić głowami ze zdumieniem i uśmiać się z twoich niedorzecznych pomysłów. Dlaczego nie zaczekają, żebyś zrobiła z siebie idiotkę? Dlaczego nie pozwolą ci rozegrać tej partii, aż poddasz się i wrócisz do San Francisco? Tego właśnie normalnie bym się spodziewał. - Chyba że mają coś do ukrycia. - Chyba że mają coś do ukrycia. - Beck spojrzał na menu i zaczął bawić się frędzelkiem jedwabnego sznura, który rozdzielał strony wewnątrz skórzanej okładki. - Pozwoliłem, żebyś najadła się wstydu, ponieważ chciałem zobaczyć, co zrobi Chris, jeśli Calvin McGraw będzie miał akurat lepszy dzień i udzieli nam sensownej i jasnej informacji o tym, co wydarzyło się podczas procesu, tak jak to zrobił przy tobie tamtego poranka. - Zatem uwierzyłeś mi, tak?
Niechęć Mark do tej kobiety jeszcze wzrosła. Nie dość, że siostra Lary, to jeszcze prawie analfabetka. Coraz lepiej.

Dane skinął głową. Patrzył na pozostałe łodzie.

Między jej brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka.
- Nie? Więc czego się wstydzi? - spytał zaintrygowany Mały Książę.
wszystkim. Czyżby to oznaczało, że Róża może być też wulkanem? Albo baobabem?...

martwi się, jak mnie będzie utrzymywał albo co pocznie, kiedy po ślubie zrobię się gruba i niechlujna, albo czy będę go kochała, jeśli całkiem wyłysieje. Tego typu rzeczy. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy sobie tego nie wymyśliłam, ale znałam go na tyle dobrze, że jestem przekonana, iż miałam rację. - Nigdy ci nie mówił, co to za zmartwienie? - Nie, ale na pewno coś go gryzło. - Coś na tyle poważnego, żeby w końcu odebrać sobie życie? - spytała łagodnie Sayre. - Nie zraniłby mnie w taki sposób - odparła Jessica z uporem. - Nie zostawiłby mnie, żebym przez resztę życia zastanawiała się, dlaczego to zrobił i jak mogłam go od tego powstrzymać. Nie obciążyłby mnie taką odpowiedzialnością i zwątpieniem w siebie samą. Nie, Sayre. Nigdy nie uwierzę, że się zastrzelił. Przyznaję jednak, że inna możliwość jest przerażająca - dodała po chwili przerwy. - Danny był taki prostoduszny. Lubili go nawet pracownicy huty, którzy nie myślą o rodzinie Hoyle'ów w superlatywach. - Niekoniecznie, Jessico. Był dyrektorem działu zatrudnienia. Zajmował się zwalnianiem i przyjmowaniem ludzi do pracy, ubezpieczeniami i wynagrodzeniem. Tego typu rzeczy mogły przysporzyć mu wrogów. - Danny musiał się stosować do ustalonych zasad Huffa i wydaje mi się, że wszyscy pracownicy fabryki byli tego świadomi. Możliwe, ale ktoś powodowany zbyt silnym uczuciem zemsty mógł nie dostrzec różnicy. - Kiedy detektyw Scott zapytał nas, czy ktoś mógł pragnąć śmierci Danny'ego, Beck Merchant... jestem pewna, że Danny ci o nim wspominał... - Wiem, kim on jest - odparła Jessica. - Wszyscy wiedzą. To szycha w fabryce. On i Chris rozumieją się jak para łotrów. - Są aż tak dobrymi przyjaciółmi? - Niemal nierozłącznymi. Sayre postanowiła przemyśleć później również i tę sprawę. Wszystko, co usłyszał Beck, trafiało zapewne bezpośrednio do uszu Chrisa. - Kiedy szeryf Harper zapytał, czy wiemy o kimś, kto mógłby nastawać na życie Danny'ego, pan Merchant odpowiedział w naszym imieniu to, co w tamtej chwili chyba wszystkim przyszło do głowy. Hoyle'owie przez lata narobili sobie wielu wrogów i jeżeli ktoś chciał się zemścić, Danny był łatwym celem, jako najcichszy i najbardziej bezbronny z nas wszystkich. Po dłuższym milczeniu Jessica odrzekła: - Zapewne tak, chociaż boli mnie myśl, że Danny stracił życie przez kogoś, kto żywił urazę do rodziny za to, czego on nie zrobił. - Zgadzam się - Sayre zawahała się przez chwilę. - Zamierzasz powiedzieć Huffowi i Chrisowi o waszych sekretnych zaręczynach? - Pod żadnym pozorem. Moi rodzice wiedzieli o tym, ponieważ Danny poprosił tatę o moją rękę. Oni i moja siostra to jedyne osoby, które znają naszą tajemnicę. Nie powiedziałam o tym w szkole. Spotykaliśmy się zawsze poza miastem. Nawet w kościele byliśmy ostrożni, nigdy nie zostawaliśmy sami, pilnowaliśmy, by przebywać w grupie. Nie widzę powodu, żeby rozgłaszać o tym teraz. Wywoła to jedynie niepotrzebne kłopoty z twoim ojcem i bratem, a szczerze mówiąc, nie mam siły ani ochoty wdawać się z nimi w jakiekolwiek awantury. Chcę myśleć o Dannym, zachować o nim cudowne wspomnienia. Nie chciałabym usłyszeć czegoś, co zbruka ich piękno. - Niestety, muszę ci przyznać rację - powiedziała Sayre. - Myślę, że to rozsądna decyzja. Nie dawaj im okazji, aby sprawili ci dodatkowy ból. Chociaż dużo tracą, nie znając cię - uścisnęła

- A więc?
- Jeśli chodzi o mnie, nawet nie pomyślałem, że
czy on otworzy okno, czy nie. Nie miało znaczenia, czy odsunie na bok te

Tarnmy miała serdecznie dosyć tej rozmowy. Spełniła swój obowiązek, informując Isobelle o miejscu pobytu wnu¬ka. Nie musiała znosić jej uwag dłużej, niż było to koniecz¬ne. Wprawdzie miała ochotę powiedzieć jeszcze to i owo, ale właściwie...

138
że się wygłupiła. Czego się spodziewała? Że Izzy
Jeremy poczuł się strasznie. Zawiódł Mary, a przecież miał ją